· 

Odkrywając portugalską kulturę cz. 2

napisał: Łukasz

 

Traktory wiary

 

Pogoda w Portugalii jest niesamowita, ale przy tym bardzo często bezlitosna, szczególnie w lecie. Związek oceanu z kontynentem jest corocznie testowany pod palącym słońcem. Mając to na uwadze, nie powinno więc dziwić, że na początku września jedna z największych, regionalnych, religijnych uroczystości skupia się na modlitwie i dziękczynieniu za wodę. Wydarzenie, o którym piszę, odbywa się w Misericordii – miejscu wiecznego źródła. Jego legenda przyciąga pielgrzymów już od XIII wieku. Ci, którzy decydują się na tę podróż, to głównie rodziny rolników z okolicznych wiosek. W tym roku dołączyły do nich dwa leniwce – pierwsi cudzoziemcy według pamięci naszych gospodarzy.

 

Mechanizm, który powtarza się co roku, jest bardzo prosty: wsie wysyłają swoich przedstawicieli zapakowanych na tyły traktorów, podróżujących w wolnym łańcuchu pojazdów do miejsca przeznaczenia w Misericordii. Kordon, do którego się przyłączyliśmy, zatrzymał się po drodze dwa razy. Po raz pierwszy po to, aby połączyć siły z inną wioską (nasze dwa ciągniki zostały uzupełnione o dwanaście kolejnych). A drugi – na posiłek w kościele wybudowanym przez i dla pielgrzymów. Kiedy dotarliśmy do Misericordii, każda z wiosek osobno okrążyła tamtejszy kościół: pojazdy razem z ludźmi; święte symbole uniesione wysoko w powietrze. Oczywiście zrobiliśmy to trzy razy, w starożytnej, świętej tradycji tej magicznej liczby. Następnie każdy, kto chciał, udał się do świątyni na krótką, indywidualną modlitwę, po której można było wziąć udział w regularnych uroczystościach (długie stoły, jedzenie, targ z budkami sprzedającymi różne rzeczy i koncerty).

 

Powyższy opis, tak dokładny na pierwszy rzut oka, nie oddaje właściwego smaku całej przygody.

 

Ciągniki. Te zostały ozdobione z kreatywnością, która jest trudna do opisania słowami, wystarczy sprawdzić zdjęcia.

 

Potrzeba szybkości. Pokonaliśmy około 25 kilometrów w mniej więcej 3 godziny. Jest to prawdziwy test na cierpliwość i przygoda sama w sobie. Pozwala na spowolnienie w kraju napędzanym kawą.

 

Muzyka. Nie było śpiewania pieśni religijnych, melodia procesji tworzona była przez silniki traktorów i... śmiechu. Czasem towarzyszyły im dudy - każda z wiosek przysłała jednego wirtuoza tego instrumentu. Dali wspaniałe show, które dcenił każdy, kto otworzył się na dźwięk dud. Nie mogłem nic poradzić na to, że pomyślałem o "Braveheart", ale melodie grane w tej sytuacji były tak dalekie od Szkocji, jak to tylko możliwe.

 

Ludzie. Niesamowici, portugalscy ludzie, którzy stworzyli rodzinną atmosferę, nie znając nas przed wydarzeniem, i byli dla mnie główną atrakcją tego święta. Śmialiśmy się razem, piliśmy i jedliśmy razem i to pomimo braku wspólnego języka.

 

 

Ta część naszych przygód na zachodzie Portugalii była pokarmem dla naszych dusz. Pokazała nam, że największą siłą wiary tutejszych ludzi jest wiara w samych siebie, we wspólnoty spotykające się i egzekwujące wzajemne relacje rok po roku, od wieków. Wszyscy zanurzeni w radosnym duchu religii, który nie jest przytłaczający w żadnym punkcie (co kontrastuje na przykład z polskimi parafialnymi jarmarkami, które mają dla mnie więcej kiczu niż wspólnotowego ducha).

 

Japońska inwazja

 

Portugalia nie ma szczęścia ze swoją geografią i nie dziwi mnie, że zdecydowali się podbić pół świata poza Starym Kontynentem. Jest przecież schowana na skraju Półwyspu Iberyjskiego. Obecnie sytuacja ta sprawia, że trudnym jest dla przeciętnego Portugalczyka spotkanie z obcokrajowcem, który nie jest turystą. Jest to oczywiście uogólnienie wynikające z faktu, że nawet obywatele dawnych kolonii, którzy są rozproszeni po całym kraju, żyją portugalską drogą, zamiast afiszować się z własną.

 

Gmina Torres Vedras znalazła doskonałe rozwiązanie. Każdego roku zapraszają oni inny kraj do najechania ich ziemi. Formuła jest prosta: gospodarze organizują historyczne targi (tradycyjne, lokalne stroje, muzyka i jedzenie są dostępne w każdym zakątku centrum miasta), które uzupełniają wydarzenia artystyczne z różnych części świata.

 

W tym roku nadszedł czas na Japonię. Takie zderzenie cywilizacji może być naprawdę ekscytujące! I takim dla mnie było. Widok małych dzieci z Torres Vedras, miasta liczącego około 80 tysięcy mieszkańców, oglądających współczesne wydanie tradycyjnego japońskiego tańca był cudem, którego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. I, choć może być to trudne do zrozumienia, takie połączenie działa tam doskonale. Różne występy, muzyka, wideo, sztuka – to mój rodzaj inwazji! Zwłaszcza, że podobnie jak inne lokalne wydarzenia rozsiane po całym regionie, serwowany jest w portugalskim sosie przyjaznej, rodzinnej atmosfery.

 

Follow Us

Subscribe



Web Analytics Made Easy - StatCounter